Happy Anniversary!

Yup, mamy dzisiaj rocznicę, ludzie! Minęły dwa lata, od kiedy piszę na wordpressie! Wiem, pierwszej rocznicy nie świętowałam, ale na śmierć zapomniałam. Trudno się mówi. Dobra, rozdział się tam powoli kończy, więc mówię tym, co jeszcze cokolwiek tu zaglądają. 

Dobra, na mnie już pora. One more time, Happy Anniversary!

 

Pozdro!

~ Halley S.

Advertisements

Rozdział VII.

Pojedynek się zaczął. Obaj walczyli zaciekle, ponieważ żaden nie chciał być tym, którego spotka porażka. Przyglądałam się temu z przymrużeniem oka. Nieraz widziałam ich treningi, więc ich style walki znałam niemalże na pamięć. Powiem szczerze, że obstawiałam zwycięstwo Gotena. Nie, nie dlatego, że jest moim bratankiem. Po prostu wiedziałam, że jest lepszy.

Często widziałam, jak Goku morduje go na treningach. Mimo, że Vegeta był bardzo surowym ojcem, nii-san bił go na głowę w maltretowaniu ludzi podczas treningu, wiem coś o tym. W końcu miałam przyjemność tego doświadczyć. Goten nie miał chwili wytchnienia, ćwiczyli od świtu do nocy, a nawet dłużej. Mój jakże genialny braciszek zdecydował bowiem, że przez jakiś czas sama powinnam doskonalić swoje umiejętności, co sumiennie wykonywałam, co kilka godzin robiąc sobie pięciominutową przerwę. Wtedy też właśnie oglądałam coraz to większe postępy najmłodszego faceta w rodzinie Son. 

Jego samego jednak to nie interesowało i ja dobrze o tym wiedziałam. Po prostu Kakarotto czasami jest bardzo przekonujący, więc nie było innego wyjścia, jak zgodzenie się na trening pod jego okiem. No cóż, ja sama chciałam trenować, więc na mnie nie musiał używać swoich sztuczek, ale i tak pewnie bym uległa. Jak każdy zresztą.

Nasz fuzjonista stracił zainteresowanie swoim szkoleniem fizycznym w wieku dwunastu lat, kiedy to… poznał dziewczynę. Z miejsca się zakochał, tyle mam do powiedzenia. Nie lubiła jednak ona bitew, więc musiał przed nią to ukrywać, aż w końcu ona zobaczyła jego trening. Zagroziła mu, że jeśli nie przestanie, rzuci go. Więc młody zaprzestał ćwiczeń. Ale i tak mu się nie poszczęściło. Już tydzień później widział, jak całowała się publicznie z jego największym wrogiem – Shihara Obito [Kurde, ile ja tych imion wzięłam z Naruto. Naprawdę nie mam pomysłów – od aut.], który wręcz kochał odbierać mu to, co miał.

Wtedy mały przysiągł sobie, że już nigdy nie pozwoli się tak upokorzyć. Zaczął umawiać się z wieloma dziewczynami, ale każdą rzucał po maksimum dwóch tygodniach. Był playboy’em i wszyscy to wiedzieli. Zmienił styl, fryzurę, wszystko. Najbardziej jednak dało się zauważyć jego charakter, niegdyś radosny i nieco głupkowaty, później oschły i bezczelny. A to wszystko przez jedną, głupią zdzirę.

Przez to wszystko zaniedbał jednak treningi, co z początku bardzo wszystkich dziwiło. Zawsze przecież był pełen zapału do poznania nowych ciosów. Ale się zmienił. To nie był już ten sam Goten i każdy to zauważył. Ale się nie czepiali. Zrozumieli, że jest mu ciężko i uszanowali jego decyzję. Kiedy jednak nadszedł turniej, onii-san nie mógł już tego znieść i wręcz zmusił syna, by wziął udział. Pamiętam to.

~~~

Był to dzień mojej przeprowadzki do Smoczego Wszechświata. Siedzieliśmy wszyscy u Muten Roshi’ego i oglądaliśmy TV. Bynajmniej część z nas. Domek był bardzo mały, więc nie mogliśmy się pomieścić w jednym pomieszczeniu. Zresztą, niektórzy wcale nie mieli ochoty oglądać nudnych telenoweli. Ja byłam jedną z nich, jednak Chi Chi zmusiła mnie, żebym razem z nią, Bulmą, Brą, Videl i Pan obejrzała bodajże Supernatural, które wszystkie panie (prócz mnie) uwielbiały. Siedziałam więc jak na skazaniu, z głową spuszczoną w dół i słuchałam, jak co jakiś któraś z nich lamentuje “mój Dean”. Był to odcinek, w którym gościu umarł, tak mi się bynajmniej wydaje. Nie interesuje mnie to.

W końcu seansik się skończył, co przyjęłam z ulgą. Już miałam wychodzić, by dołączyć do męskiej części ekipy na zewnątrz, gdy usłyszałam męski głos, obwieszczający ludzkości o nadchodzącym Tenka’ichi Budokai. Zaciekawiona odwróciłam się z powrotem w stronę urządzenia i zaczęłam uważnie słuchać.

– Szanowni Państwo! Jak zapewne wiecie, niedługo miną trzy lata od ostatniego turnieju, co wiąże się z kolejnym takim wydarzeniem. Dokładnie za dwa miesiące odbędzie się XXVII Tenka’ichi Budokai! Serdecznie zapraszamy wszystkich chętnych do wzięcia udziału. Oczywiście, nasz champion, Mister Satan także zdecydował się na wzięcie udziału, więc ostrzegam, że nie będzie wam łatwo!

Z tymi słowami zakończył się przekaz. Jestem pewna, że nasi faceci już wiedzą, a to za sprawą niezwykłego słuchu Piccolo, który najpewniej poinformował pozostałych o zawodach. Dołączyłam do nich akurat w chwili, gdy padło pytanie:

– Gohan, Goten, może też weźmiecie udział? – Goku zwrócił głowy ku swoim synom.

– Tato, wiesz doskonale, że od lat nie trenowałem sztuk walki. Nie dam rady. – Pierwszy odezwał się jego pierworodny. 

– Oj, Gohan. Zawsze przecież możemy pomóc ci tą formę odzyskać. Poza tym, jestem przekonany, że Pan także będzie chciała w tym uczestniczyć, a zapisując się, będziesz miał większe szanse na upilnowanie jej i pokazanie, że jej ojczulek też coś potrafi. – Mówiłam, że nii-san bywa CZASEM przekonujący? Cofam to. On jest mistrzem perswazji. Starszy półsaiyanin poległ na polu chwały dość szybko. Został jeszcze tylko jego młodszy brat, stojący na uboczu z zaciętą miną. 

– Nie przekonasz mnie. Za cholerę nie wezmę udziału w tym przedstawieniu! – krzyknął w końcu, nie mogąc w sobie najwidoczniej już tego utrzymać. 

– Ale Goten! Przecież wiesz, że potrzebujesz się od tego wszystkiego oderwać. Turniej to najlepszy z możliwych sposobów, uwierz mi. – Ciekawiło mnie, czy młodsza z pociech także okaże się tak uległa, jak jego starszy brat. 

– Nie. Nie zmienię zdania, tato. Nie bawię się już w bijatyki, bo po co! Wrogów już nie ma, więc po co niby dalej mamy marnować czas na takie głupie rzeczy?! To dla małych dzieci, nie dla mnie! Zrozum to wreszcie! – Po tych słowach odleciał. Zapadła cisza. Nikt nie mógł się odezwać. Nawet Trunks nie wiedział, że jego najlepszy przyjaciel tak myśli.

– Lecę za nim. – Zadecydował rodziciel bruneta i także wzbił się w powietrze. 

Także ja niepostrzeżenie się ulotniłam. Musiałam ich przypilnować. W przypływie złości mogli przecież zniszczyć pół Układu Słonecznego w kilku ciosach. Zbliżając się do celu, wyciszyłam KI tak, że nie mieli szans mnie wyczuć. Zaczęli już wymianę zdań.

– Nie chcę iść na ten turniej! – Goten był wyraźnie wściekły. – Nie jestem małym dzieckiem, żeby się tym interesować!

– Goten… – Goku już chciał zacząć swój wywód, ale czarnooki mu przerwał:

– Powiedziałem, że nie pójdę! Nie jestem bez rozumu, żebyś decydował za mnie! Ja nie chcę walczyć! Chcę mieć normalne życie, rozumiesz? Gdyby nie te wszystkie walki, może Shana dalej chciałaby… Być ze mną.

Okay, wyglądało na to, że naprawdę mu na niej zależało, mimo że nie chciał się do tego przyznać. Miałam wielką ochotę znaleźć tą idiotkę i wygarnąć jej prosto z mostu, że jest tępa, skoro rzuciła mojego bratanka dla jakiegoś [Cenzura] mięśniaka. A podobno nie lubiła walki. Więc co? Ten szczyl mógł walczyć? Oho, a może myślała, że Goten jest słaby?

“Ugh, naprawdę chcę jej przylać…” – pomyślałam, dalej obserwując sytuację. 

– Wiesz, chyba powinieneś trochę się ogarnąć. Zerwaliście cztery lata temu! Wiem, że to nie jest przyjemne, ale Goten, do cholery! Nie możesz się załamywać z powodu jakiejś dziewczyny! Synu, ona nie była ciebie warta, skoro nie mogła dostrzec, jak wspaniałym jesteś mężczyzną. – Son najwidoczniej próbował podnieść swojego potomka na duchu. Chyba mu się udało, bo wyraz twarzy młodego się zmienił.

– Dzięki, tou-san.

– Przemyśl to jeszcze, mały. Masz mnóstwo czasu.

Po tych słowach starszy z czarnowłosych odleciał, zostawiając syna samego. Wtedy też postanowiłam się ujawnić. Bezszelestnie podeszłam do bratanka i usiadłam obok [Goku i Goten rozmawiali na klifach na jakiejś wyspie i siedzieli na ziemi. Ehh, jak ja kocham klify :3], zwracając na siebie jego uwagę.

– Długo tu jesteś? – spytał, spoglądając na mnie kątem oka. 

– Od początku. Wolałam was mieć na oku – mruknęłam w odpowiedzi, spoglądając na ocean, rozciągający się przede mną.

– Też sądzisz, że powinienem wziąć udział w turnieju?

– Może tak, może nie. To twoja decyzja Goten, nie moja. To ty musisz wybrać, czego chcesz. – Przeniosłam na niego swoje spojrzenie. Swój wzrok utkwił w ziemi, co było dla mnie znakiem, że potrzebuje on chwili zastanowienia. – Nie będę cię osądzać, jeśli odpuścisz sobie zawody. Po prostu posłuchaj serca.

Mówiąc to, wzbiłam się w powietrze, by już po chwili szybować między chmurami. Musiał to przemyśleć, dobrze o tym wiedziałam. Podjęcie takiej decyzji z pewnością nie było łatwym zadaniem. Ja wiele razy musiałam dokonać wyboru między rozsądkiem, a głosem serca. Nie zawsze były one słuszne, ale każdy uczy się na własnych błędach. Goten sam musiał się zdecydować, co zrobić. 

Minęło kilka godzin, zanim wrócił. Jego wyraz twarzy niczego nie zdradzał, ale przeczuwałam już, na co się zdecydował. Czułam jego emocje. Niepewność, ale także nieco ekscytacji. Nie zdziwiłam się więc, gdy powiedział:

– Wezmę udział.

Nie był może przy tym całym sercem, ale postanowił się przełamać i nareszcie wrócić do niegdysiejszego zajęcia. Zaimponował mi nawet. W końcu przestał o niej myśleć i zaczął żyć na nowo, czułam to. Niemała była w tym zasługa mojego brata. Zawsze wiedział, gdzie uderzyć, żeby kogoś do siebie przekonać. Ja mu tylko nieco pomogłam, o czym nie musi wiedzieć.

~~~

Widziałam, jak z każdą chwilą Goten jest coraz bardziej podekscytowany. Wracał do swoich starych przyzwyczajeń. Być może jeszcze kiedyś znów pokocha walkę, nie wiem. To już będzie zależało od niego…

^^^

Jak ja kocham tak długo nie pisać (sarkazm). Nie mogłam się zebrać, żeby to napisać. Najpierw miało być zupełnie co innego, aż wyszło na to, że rozwinęłam po mojemu postać Gotena. Pamiętam, że już w tym ostatnim turnieju w Z był zmuszony do wzięcia udziału, więc tak trochę zmyśliłam jego charakter i w ogóle, bo jednak odrzucam GT kompletnie. Mnóstwo w nim błędów, czasami ciężko się połapać. Dalej lubię tą serię, ale opo obejdzie się bez niej.

Dobra, ja już przestaje gadać, bo się tu jeszcze zanudzicie na śmierć.

Pozdro!

~ Halley S.

Rozdział VI.

Półtora miesiąca minęło jak z bicza strzelił. Właśnie dziś miał się odbyć światowej sławy Tenka’ ichi Budokai. Taka impreza była wyprawiana co trzy lata, by sprawdzić, kto jest najsilniejszym wojownikiem Ziemi. W tym roku wypadał XXVII Turniej Sztuk Walk. Byłoby kłamstwem, gdybym powiedziała, że nie jestem podekscytowana, ale nie mam pewności, czy to dobre słowo. W końcu to pierwsze takie zawody, w których miałam wziąć udział.

Siedziałam na dachu naszego domu. W myślach powtarzałam wszystko, czego się do tej pory nauczyłam. Nie poddawaj się, dopóki definitywnie nie przegrasz. Staraj się z całych sił. Przekrocz granice swych możliwości i działaj. To trzy zasady, jakimi od zawsze się kierowałam. Jeśli walczy się jeden na jednego, są przydatne. Co innego, gdy jesteś w drużynie. Wtedy powinno się stawiać życie towarzyszy nad swoje, bronić ich, jeśli oni sami nie są w stanie walczyć. Ale teraz miałam walczyć sama, więc troszczyć się musiałam tylko o to, by kogoś nie zabić i nie pokazać zanadto swej siły przed czasem.

– Serena. – Głos Goku rozbrzmiał tuż nade mną. Gwałtownie podniosłam głowę. Stał za mną, a jego osoba rzucała na mnie cień. – Już czas. Pospiesz się.

Kiwnęłam tylko głową. Nadszedł czas, by sprawdzić, czy moja nauka przyniosła jakiekolwiek efekty. Podniosłam się z dachówek. Droga do pokoju zajęła mi jakieś dwie sekundy. Przebrałam się w strój do walki. Na emblemacie widniał symbol szkoły Roshi’ego. Poczułam się nieco skrępowana. Nigdy nie byłam jego uczennicą. Uczył mnie ktoś, kto niegdyś nauki pobierał u Genialnego Żółwia. Ktoś, kto przewyższył niemalże  wszystkie istoty żyjące w tym świecie. Wyjątkiem był Bi Lusi, choć takowych mogło być więcej. Spojrzałam w lustro. Widziałam w nim dziewczynę. Zdeterminowaną, ale również niepewną swych możliwości. Widziałam mnie samą, tą małą dziewczynkę, która boi się stawić krok naprzód. Kiedyś taka byłam, ale… Zmieniłam się, choć nie aż tak bardzo. Dalej miewałam wątpliwości, ale starałam się je ignorować i iść dalej. W końcu nie mogłam zawieść wszystkich, którzy na mnie liczyli. Nie mogłam wiecznie być tą płaczliwą beksą, bojacą się przemocy.

Zeszłam na dół, gdzie czekali już wszyscy domownicy. Bulma miała po nas przylecieć swoim statkiem razem z resztą zawodników. Aż się dziwię, że Vegeta zgodził się na coś takiego. W końcu nie od dziś wiedziałam, że nienawidzi latania samolotem. Ciekawi mnie, jakich Bulma użyła sztuczek, żeby go przekonać.

– Gotowa? – spytała mnie Chi Chi. – Bardziej być już nie mogę – odparłam, uśmiechając się lekko, ale ten uśmiech nie był do końca prawdziwy. Nie mogłam pozbyć się przeczucia, że coś się zdarzy. I niekoniecznie będzie to coś dobrego.

W drodze uważnie się rozglądałam, czym przyciągnęłam uwagę dwójki czołowych Saiyan. Chyba załapali, o co chodzi i też nie spuszczali gardy. Niedługo miało się coś zacząć. Tylko co? Tego to już nie wiedzieliśmy. W końcu wylądowaliśmy na wyspie, gdzie zawsze odbywały się turnieje. Zawodników było już pełno, ale zapisać się mogli wszyscy, którzy chcieli. Zapisaliśmy się itp. Skakałam wzrokiem wszędzie. Chciałam zobaczyć, czy moje przeczucie było słuszne. Niestety, nie zauważyłam niczego podejrzanego. Wróciłam do rzeczywistości. Właśnie proszono zawodników do budynku, gdzie odbywały się eliminacje. Nadal uważnie obserwując, weszłam za innymi do środka. Wszystko się zaczęło. Na szczęście, nie wpadłam na żadnego z naszych, więc łatwo przeszłam dalej. Tak samo reszta.

I wtedy ich zauważyłam. Wyglądali jak normalni ludzie, ale biła od nich negatywna aura. Potężna i bardzo groźna. Czułam, że nie cofną się przed niczym, by osiągnąć swój cel, nieważne jaki on by był. Oni byli tymi z kategorii idących ‘po trupach’. Chyba reszta też ich zauważyła. Oni także dostali się do następnej ‘konkurencji’. Będzie się dziać, oj będzie.

– Prosimy wszystkich uczestników o wylosowanie kulki z numerem. Za pół godziny zacznie się pierwsza walka. Do tej pory możecie odpocząć – mówił komentator. Pół godziny odpoczynku? Świetnie. Będę miała dość dużo czasu, by dowiedzieć się czegoś o tej dwójce, która także przeszła dalej. Ale najpierw muszę wylosować ten durny numerek. – Prosimy Son Serenę!

Westchnęłam i ruszyłam w jego kierunku. Wyciszyłam swoją aurę, gdy przechodziłam obok przerażającego duetu. W końcu zatrzymałam się przed dość niskiej postury mężczyzną, który trzymał w rękach pudełko. To z niego uczestnicy losowali swoje numery, dzięki czemu niemalże od razu wiedzieli, z kim walczą. Numerów było szesnaście. Ja wylosowałam piętnastkę. – A więc Serena wylosowała numer 15, co znaczy, że będzie walczyć jako ostatnia. Niestety, nie wiemy jeszcze dokładnie, z kim przyjdzie się jej zmierzyć. – Chyba był podekscytowany. No cóż, w końcu byłam siostrą Goku, a ten zawsze wnosił do turnieju rozrywkę. Ludzie przychodzili, by zobaczyć dobre walki. Mogłabym im zapewnić, że nie będą się nudzić, ale mogłabym tym samym zdradzić nas.

W końcu losowanie się skończyło. Walki przedstawiały się tak: 1 – Kuririn vs. Mr Satan (On nie przechodził nawet przez eliminacje. Według wszystkich jest championem, którego trzeba naśladować), 2 – Goten vs. Trunks, 3 – Piccolo vs. Goku, 4. Vegeta vs. Garion (Jakiś Ziemianin), 5. – Gohan vs. C-18, 6 – Uub vs. Pan, 7 – Red (Jeden z tej podejrzanej dwójki) vs. Guru (Kolejny Ziemianin), 8 – ja vs. Shion (Drugi z tych typów)

– Walki rozegrają się w następujący sposób. A teraz zapraszamy na półgodzinną przerwę, po której rozpoczną się pojedynki – ogłosił i gdzieś poszedł.

Podeszłam do reszty grupy. Część, która zasiadała na widowni też tam stała.

– Tak mi przykro, kochanie. – Chi Chi mnie przytuliła, choć nawet nie wiem czemu. – Już na samym początku musisz walczyć z tymi potężnymi. Goku-san mi powiedział o tych dwóch. – Wskazała na Reda i Shiona.

Spojrzałam wymownie na brata. Po co jej to mówił? Przecież doskonale znał swoją żonę. Powinien wiedzieć, jaka będzie jej reakcja.

– Oj, Chi Chi, nie przesadzaj. Serena bardzo solidnie trenowała. – Do rozmowy wtrącił się onii-san.

– Chcesz pozbawić mnie szwagierki? – Prawie zalała się łzami.

– Chi Chi, ja nie zamierzam się jeszcze wybierać na tamten świat. Wygram z nim, obiecuję – rzekłam, zaciskając pięści. Miałam zamiar spełnić tą obietnicę.

– Jeśli nie dasz rady, wycofaj się. Nie możemy stracić tak zdolnej uczennicy. – Albo się przesłyszałam, albo Vegeta właśnie mnie pochwalił. Reszcie oczy prawie z orbit wypadły. Ten dumny książę ledwo umiał się przyznać, że nie przewyższy Goku! – No  co się tak gapicie? Od czasu do czasu można sobie pozwolić.

Dobra, on się chyba w głowę uderzył, ale nie wnikam. Uważnie obserwowałam tą dwójkę. Zachowywali się niby normalnie, ale niemalże słyszałam, jak ich dusze mówią: “Co za słabiaki tutaj mieszkają! Zniszczmy wszystko i wynośmy się stąd.” Miałam ochotę im przyłożyć, ale musiałam się powstrzymać. Przynajmniej do walki z Shionem. Potem będę mogła zrobić z nim, co będę chciała. Tylko nie zabić, bo to wbrew regulaminowi. Nie zależy mi na wygranej, ale nie chcę, by wszyscy mnie wzięli za jakiegoś mordercę. Z drugiej strony nie wiem, jaką dysponuje siłą. Chciałabym móc spełnić obietnicę złożoną brunetce, ale nie wiem, czy dam radę.

– Serena. – Goku szturchnął mnie w ramię. – Nie zamartwiaj się na zapas. Na pewno ci się uda.

– Mów za siebie, Goku-niisan. – Fuknęłam, jak rozjuszona kotka. Martwiłam się? Skąd! Ja się cholernie martwiłam! A co, jeśli mi się nie uda? Ten gość ma potężne zasoby KI. Jego kompan również. Pewnie myślą, że nie ma tu nikogo, kto mógłby wyczuć ich energię, więc jej nie ukrywają. Tak przynajmniej wyedukowałam z ich zachowania. Wydawali się być aż nader pewni siebie, co mnie wkurzało, ale równocześnie nieco przerażało. Do czego byli zdolni? Jak wielką dysponowali siłą? Miałam się już wkrótce dowiedzieć.

Niestety, nie udało mi się dowiedzieć zbyt dużo. Wiem, że nie są Ziemianami i nie mają raczej przyjaznych zamiarów. Dość sporo energii, z pewnością posiadają jakieś nadludzkie umiejętności. Nic poza tym. Praktycznie ze sobą nie rozmawiali, jakby wiedzieli, że potrafię usłyszeć ich głosy. To było dziwne. Starałam się jak najlepiej udawać zwykłego człowieka, zaciekawionego ich osobami. Nie podeszłam ani razu, tylko przyglądałam im się z dość sporej odległości. Może niedokładnie ukryłam moc?

W końcu przerwa się skończyła. Widzowie wrócili na trybuny i z niecierpliwością czekali na rozpoczęcie walk, a już w szczególności na tą pierwszą. W końcu prawie wszyscy Ziemianie uwielbiali Satana. A raczej  ci, którzy nie wiedzieli, kto tak naprawdę zbawił Ziemię.

– Przepraszamy, że tak długo musieliście czekać i dziękujemy za cierpliwość! Zapraszamy na pierwszą walkę, która rozegra się pomiędzy Mister Satanem, naszym mistrzem, a Kuririnem, który występował także we wcześniejszych turniejach! – Ekscytował się jak nie wiem.

Kuririn był już dość stary, ale dalej dobrze sobie radził w walce. Przynajmniej do mometu, gdy miał walczyć z Vegetą, Goku, czy resztą Saiyan. Wtedy już nie dawał rady. Mr. Satana pokonałby z łatwością, ale nie byliśmy bezduszni, by psuć mu reputację, więc nasz karzełek zgodził się przegrać, by “champion” dalej mógł udawać mistrza.

Walki tej opisywać nie będę, bo była tak nudna, że prawie zasnęłam. Wygrał Satan i każdy wie, dlaczego, więc nie mam zamiaru strzępić sobie języka na mówienie o tym. Tak czy inaczej, następny pojedynek miał sprawdzić, który z naszych fuzjonistów był silniejszy. Każdy zapewne wie, że w tym przypadku chodzi o Gotena i Trunksa. O ile się nie mylę, to kiedy byli dziećmi także walczyli przeciw sobie i wtedy właśnie wygrał fioletowowłosy. Zapowiadało się dość ciekawie.

Stanęli naprzeciw siebie. Wiedziałam, że obaj chcą wygrać. Ah, te saiyańskie geny. Sędzia właśnie dał znak do rozpoczęcia walki, co potwierdził gong, przerywający dość względną ciszę. Trybuny wprost szalały, a to za sprawą Bulmy i Chi Chi, które dopingowały swoich synów. Wyprostowałam się. W końcu miało zacząć się coś dziać…

^^^

Tak wiem, zawaliłam. Jak zawsze zresztą. Mam nadzieję, że rozdział nie był taki najgorszy. Do następnego.

Pozdro!

~ Halley S.

Rozdział V.

Jestem tu już dwa dni. Senshi i cała reszta dalej nie może się nadziwić mojej sile, choć większość czasu, jaki spędzaliśmy razem ja trenowałam. I to solidnie. W końcu nie mogłam pokazać się bratu z taką samą siłą, jaką miałam na ostatnim treningu. Mamoru nawet zaproponował mi sparing, bo kiedyś tam ćwiczył judo. Niestety szybko poległ. Ale co się dziwić? Cechą każdego Saiya-jin’a jest zamiłowanie do walki. Posiadamy nadludzką siłę i prędkość, ale nie oznacza to, że spoczywamy na laurach. My trenujemy ponad nasze możliwości. Jesteśmy silni i wytrwali, to sprawiło, że inni traktują nas z szacunkiem. No dobra, oprócz Changeling’ów. Paskudne gady. Nienawidzę ich. Kiedyś tamta rasa sprawiła, że wyginął niemalże cały mój gatunek. Wiedzałam o tym, ale nie mogłam temu zapobiec. Nie byłam dość silna. Okay, wracając. Haruka także spróbowała swoich sił w walce ze mną. Zaryzykowała nawet zmianę w Sailor Uranos. Niewiele jej to dało. Dobra, mogli zmieniać stroje i płeć, mogli mieć jakieś magiczne nie wiadomo co, mogli mieć jakieś tam swoje ataki, ale to byli nadal ludzie. Gdyby ktoś rzucił w nich ogień, a oni by go nie uniknęli, zostałby z nich popiół. Natomiast Saiyanie mogliby stać i nic by się im nie stało. Kuririn często żartował sobie, że mamy ciała “ze stali”. Kggoś z nas musiałbyś nieźle pacnąć, żeby cokolwiek mu się stało. Ciosy Tennoh mnie łaskotały. Miałam ochotę ją zapytać, czy to ma mnie przestraszyć, czy rozśmieszyć. Znudziła mnie jednak przedłużająca się bitwa, więc po prostu przeniosłam się za nią i uderzyłam w kark. Straciła przytomność. Natychmiast podbiegły do niej Czarodziejki, chłopaki, Kakyuu. Ami stwierdziła, że nic jej nie będzie. Ja natomiast wróciłam do mojego priorytowego zadania.

Leżałam na ziemi. Byłam wykończona treningiem. Spróbowałam większego obciążenia i teraz moje mięśnie po prostu odmawiały posłuszeństwa. Nie mogłam się ruszyć. Nawet oddychanie sprawiało mi ból. Nie wspominając nawet o tym, że krwawiłam. Nie miałam jednak siły wstać i opatrzyć swoich ran. Nikogo ze mną nie było. Wszyscy poszli na kolację do Mako. Szczerze mówiąc padałam z głodu, ale saiyańska duma nie pozwoliła mi przerwać treningu. Musiałam go najpierw skończyć. Nie mogłam wrócić do domu w takim stanie. Nie chciałam, by widzieli, jak bardzo jeszcze jestem słaba. Przymknęłam oczy. Chłodny wiatr muskał moją skórę, dając lekkie ukojenie. Zastanawiałam się, jak wrócić chociażby do mieszkania Minako, które było najbliżej. Wykorzystałam praiwe całe pokłady energii. Małe były szanse na powrót jeszcze dziś.

“No cóż. Dzisiejszą noc spędzę chyba tu.” – pomyślałam, wpatrując się w powoli ciemniejące niebo.

– Masz zamiar tu spać? – usłyszałam znajomy głos.

– Chyba tak. Nie ruszę się stąd przynajmniej do rana. Wszystko mnie tak strasznie boli. – wyjęczałam, ledwo wydobywając z siebie dźwięki. Mówienie sprawiało mi niemały ból.

– Serio? Tsukino, czy też Son, którą znam, nigdy w życiu nie potrafiłaby się poddać. Czyżby jej odpowiednik nie był aż tak odważny i wytrwały? – otwarcie sobie ze mnie kpił. Widzałam to w jego zielonych oczach.

– Kiddo, masz trzy sekundy, żeby zniknąć mi z oczu. – siły zaczęły mi wracać. Wiązało się to z napadem gniewu, jakiego doświadczałam w tamtej chwili. – Raz… – podniosłam się z ziemi. – Dwa… – Shun zaczął uciekać, a ja przygotowałam się do gonitwy. – Trzy! – wystrzeliłam, niczym błyskawica. Nie miał ze mną szans.

Skoczyłam na niego, powalając zielonowłosego na ziemię. Siedziałam mu na brzuchu, bo chwilę przed zderzeniem zdążył się obrócić do mnie przodem. Uśmiechnęłam się triumfalnie. Nikt nie był w stanie przede mną uciec. Dobra, kogo ja próbuję oszukać? Wielu doświadczonych wojowników umykało moim ciosom. Ale, jeśli chodzi o ludzi, to ja byłam górą. Temu nikt nie mógł zaprzeczyć.

– Następnym razem nie będę taka miła. – szepnęłam pochylając się do przodu, by słyszał mnie głośno i wyraźnie. Choć jego słuch nie był taki najgorszy, daleko mu było do tego Piccolo, czy mojego.

– Co mi zrobisz? – uśmiechnął się seksownie. Jak dobrze, że nie wiedział, jaką ma nade mną władzę.

– Zobaczy się. – wstałam z niego i zaczęłam odchodzić. – Idę coś zjeść. Jane.

– Mogłem się tego spodziewać, żarłoku. – kiepski żart, Kiddo, kiepski.

– Chcesz powiedzieć coś jeszcze? – odwróciłam się przodem do zielonookiego z nieciekawą miną.

– Nic, nic. – uciekł.

Zaczęłam się martwić. On NIGDY nie uciekał. Nigdy się nie poddawał. Jego siła była moją siłą. Byliśmy tak jakby dwiema połówkami jednego jabłka. Uzupełnialiśmy się nawzajem. On wiedział, kiedy mnie coś trapi. I na odwrót. Coś musiało się stać. Z własnej woli nigdy by nie zwiał. Pewnie nie chciał, bym zaczęła pytać o jego stan. Postanowiłam poczekać. Jeśli będzie chciał, sam przyjdzie. [Ten akapit w ogóle nie ma sensu, ale taki ma być – od aut.]

***

Czas powrotu. Obiecałam niebawem ich odwiedzić. Mina, Ami, Shun, Naruto i Kisame zdecydowali się wpaść do mnie. Chcieli zobaczyć mój świat. Nie mogłam im tego zabronić. Okay, mogło ich to nieźle zszokować, ale od tego się raczej nie umiera, więc był luz. Nikt więcej się nie odważył. Mieli swoje obowiązki. Three Lights i Kakyuu na przykład musieli wracać na swoją planetę. Mamoru miał studia. Rei przygotowywała się do przejęcia świątyni. Mako – jakiś konkurs kulinarny. Haruka jak to ona, wyścigi. Michiru zapewne koncerty. Setsuna była zajęta pilnowaniem Wrót Czasu. A Hotaru… Nareszcie mogła spędzić trochę czasu z ojcem.

Tak więc w szóstkę wyruszyliśmy do Smoczego Wszechświata. Z pozoru Ziemia wyglądała tak samo. Jednak była tu całkowicie inna technologia, od której Ami wprost oczu nie mogła oderwać. W dodatku dziwne stworzenia, które zamieszkiwały planetę, kosmici. To było dla nich takie nowe. Owszem, widzieli już kosmitów, ale w ich świecie pozaziemscy mieszkańcy wyglądali jak normalni ludzie. U nas to trochę inna bajka. Dajmy na to Namecian. Zielona skóra z różowo-czerwonymi fragmentami, czułki jak u owada. Jedyną rasą ludzkopodobną byli właśnie Saiyanie. Gdyby żyło nas więcej, większość odróżniałby od Ziemian tylko ogon. Bo ani ja, ani Kakarotto, czy jakikolwiek Saiya-jin mieszkający na tej planecie nie posiadał ogona. Tak więc mogli nas wszyscy śmiało pomylić z ludźmi. Ale nimi nie byliśmy.

– No, to jesteśmy. – rzekłam, gdy stanęliśmy przed domostwem Son’ów. Nie wyczułam obecności męskiej części rodziny. Gohan najpewniej w pracy, Goten u Trunksa, a Goku trenuje. Choć może się też zdarzyć, że trenowali wszyscy. Nie miałam ochoty tego sprawdzać.

Zapukałam i niemal natychmiast otworzyła mi Chi Chi, jakby czekała na nasz powrót. Wyściskała mnie i zabrała się do witania gości. A obiad już czekał. Te zapachy. Z chęcią rzuciłabym się na jedzenie, ale przecież tak nie wypada. Moja bratowa nakryła do stołu, w czym jej pomogłam, podała danie i mogliśmy jeść. Chłopcy wrócili z treningu, więc wszyscy zasiedliśmy do uczty. Bardzo zabawne były miny przedstawicieli tego drugiego wymiaru. W życiu nie widzieli, by ktoś tyle jadł. Niestety, Saiyanie tak właśnie mieli. A kuchnia Chi Chi jest taka wspaniała. Nawet Mako jej nie dorównuje, choć to się równa z cudem. Brunetka jest właściwie naszym aniołem. Pan i Videl zdołały jednak jakoś im rozumy przywrócić. Uprzedzałam ich, że mój gatunek dużo je. Po posiłku Goku zaproponował mi trening. Od razu się zgodziłam. Chciałam dać im trochę czasu na oswojenie się z tym miejscem.

– Jak było? – spytał mnie nii-san, kiedy wylądowaliśmy na jakiejś polanie.

– Normalnie. Nic ciekawego się tam nie działo. – odparłam, zaczynając uderzać w skały. Musiałam się rozgrzać.

– Sokka. {Rozumiem.}

Trenowaliśmy dość długo. Słońce chowało się już za horyzontem. Postanowiliśmy więc wracać. Akurat wszyscy zasiadali do kolacji. Mój żołądek domagał się jedzenia. Najprawdopodobniej Goku też marzył o posiłku. Najprawdopodobniej? To przecież było tak samo pewne jak fakt, że jesteśmy Saiya-jin’ami. Kakarotto można było zapisać pod schematem: jedzenie, treningi, jedzenie, treningi spanie, treningi i jedzenie. Son po prostu uwielbiał jeść. Niemal tak samo, jak trenować. Ale co mu się dziwić? Jak się ma za żonę tak świetną kucharkę, jak Chi Chi, to po prostu nie można nie kochać jedzenia. Zaraz po kolacji dziewczyny poszły ze mną do mojego pokoju. Minako zapewne poplotkować o mało istotnych rzeczach, a Ami nie lubiła być po prostu sama. Chłopaki się gdzieś ulotniły, więc poszła z nami.

Zasiadłam na swoim niebywale miękkim łóżku i wlepiłam swoje złote oczy w dwie nadal stojące panny. Mizuno jak zwykle spokojnie sobie kalkulowała czymkolwiek by to nie było, natomiast blondynka niemalże podskakiwała w miejscu. Była podekscytowana i ja dobrze o tym wiedziałam. Zresztą, każdy kto by na nią spojrzał, skapnął by się, że zaraz wybuchnie z tej ekstazy.

– Będziecie tak stać i się gapić? – spytałam z lekka zirytowana. Więcej zachęty dla Aino nie trzeba było. Rzuciła się na moje łóżko i zaczęła piszczeć w poduszkę. – Ami, co jej się dzieje? – miałam nadzieję, żę Mercury zna odpowiedź. Ta jednak tylko wzruszyła ramionami. – Mina, co z tobą?

– Naruto mnie pocałował. – wypaliła, siadając. Zatkało mnie. Tego się po Ayuzawie nie spodziewałam. Przecież on od tak uczuć nie pokazywał. W ogóle, cała trójca była jakaś skryta. A on od tak pocałował Aino Minako? Co tu się dzieje?

– Na… Pewno było w-wspaniale. – wydukałam w końcu. Z szoku wyjść po prostu nie mogłam. Ayuzawa, szacun. W końcu się przełamał i pokazał, co tam skrywa jego blondwłosa duszyczka.

– Nawet nie wiesz, jak… – rozmarzyła się. Zaczęła ze szczegółami opisywać całe zajście i snuć dalsze plany, ale już jej nie słuchałam. Myślami powędrowałam do 27 Tenka’ ichi Budokai. Czy w ogóle uda mi się przejść do finałów? Szczerze w to wątpiłam. Udział brali wszyscy najpotężniejsi wojownicy. Marne miałam szanse. – Usagi-chan, czy ty mnie w ogóle słuchasz?!

– Gomene, Minako, zamyśliłam się.

– Oooo… Czyżby o pewnym młodym, przystojnym… – rzuciłam w nią poduszką, zanim zdążyła zacząć wypowiadać ostatnie słowo. Naprawdę nie musiała gadać wszystkim wokoło, kto się komu podoba. To, że jest Boginią Piękna i Miłości, nie znaczy, że może się od razu wtykać w nieswoje sprawy. – Okay, już nic nie mówię.

Dziewczyny wyszły ode mnie dopiero po północy. A to wszystko oczywiście przez Minako, która sto razy musiała nam opowiedzieć swój first kiss, choć nawet nie pytałyśmy. Mizuno oczywiście tylko dotrzymywała nam towarzystwa, ale tylko dzięki jej obecności nie udusiłam niebieskookiej blondyneczki. Aktualnie leżałam na swoim łożu. Znów myślałam o turnieju, który odbędzie się za jakieś półtora miesiąca. Nie byłam pewna, czy dam radę. W końcu do finału dostanie się tylko szesnastu najsilniejszych zawodników. Zniesiono decydowanie za pomocą jakiejś maszyny i powrócono do walk eliminacyjnych. Chociaż… W sumie było nas tylko jedenaścioro, więc nie tak źle. Mam szansę się załapać, o ile na turnieju nie pojawią się jacyś silni przeciwnicy.

“Jakoś to będzie.” – to była moja ostatnia myśl tamtego dnia. Potem już po prostu spałam.

^^^

W końcu udało mi się coś skrobnąć. Na  blogu na blogspocie póki co nic się nie pojawi. Powód jest prosty – nie mam weny na tamto opowiadanie. Mam nadzieję, że się podobał rozdział. Do następnego.

Pozdro!

~ Halley S.

Rozdział IV.

Minęło kilka dni. Już całkiem nieźle radziłam sobie z coraz to większym obciążeniem. Musiałam dużo trenować. Chciałam niedługo ich odwiedzić, ale nie mogę tego zrobić,
nim porządnie nie wyćwiczę ciała i umysłu. Chciałam nawet skorzystać z Sali Ducha i Czasu, ale niestety. Można było tam wejść tylko dwa razy. Poza tym, nie było
takiej opcji. Podobno została zniszczona podczas ery Buu. Aktualnie toczę mały sparing z Son Goku. I przegrywam! Choć to było do przewidzenia, bo w końcu jest
silniejszy ode mnie, ale niestety tu objawia się moja saiyańska duma. Nie potrafię się poddać. Walczę, dopóki definitywnie nie zostanę pokonana, lub nie zwyciężę.
Walczymy już tak przeszło pół godziny, a cała okolica wygląda jak… No słów mi brakuje i tyle.

– Dobrze sobie radzisz. Zwiększamy tempo! – usłyszałam wołanie Kakarotta. No pięknie. Ja już ledwo wyrabiam. Nie mam oczywiście zamiaru się do tego przyznać.

– Niech będzie. – mruknęłam.

Jakimś cudem udało mi się sparować lub uniknąć ciosów. Najwidoczniej dawał mi fory. No ale gdyby walczył na serio, moglibyśmy Ziemię rozwalić. A przynajmniej nii-san.
Ja jeszcze nie jestem aż tak mocna. Nawet nie umiem zmienić się w Super Saiya-jin’a. Brat pociesza mnie, że niedługo się uda, ale jakoś nie bardzo w to wierzę. W końcu
jemu dużo czasu zajęło opanowanie tego poziomu. Właściwie to nie ma co się dziwić. Dowiedział się, że jest Saiyanin’em, gdy miał jakieś 30 lat. Albo trochę mniej. W
końcu jak był dzieciakiem, to stracił pamięć. Ale jakoś tam mu wróciła, choć niepotrzebnie. W końcu był wtedy małym kurdupelkiem. Niewiele więc mu ubyło z tej pamięci.

– Serena! – z zamyślenia wyrwało mnie potrząsanie moją osobą. Oczywiście był to nikt inny, jak Songo.

– Słucham? – trochę się zawstydziłam. Znowu chodziłam rozkojarzona, a przecież nie było jakiejś większej tego przyczyny, więc powinnam skupić się na treningu.

– Mówiłem, że czas na przerwę. Umieram z głodu! – no i czego ja się spodziewałam? Przecież to klasyczne zagranie w wykonaniu mojego brata. Ale nic na to nie poradzę.
Poza tym, ja też trochę zgłodniałam. A jak Saiyan zacznie jeść, to go od tego jedzenia nie odciągniesz, póki nie zeżre wszystkiego.

– To na co czekamy? Idziemy! – krzyknęłam radośnie i popędziłam ku domostwu rodziny Son. Czyli także moim.

Przy okazji spytałam o zgodę na odwiedzenie przyjaciół i ewentualne sprowadzenie ich tu. Właściwie to nikt nie wyraził sprzeciwu. Ba, Chi Chi skakała z radości na
wieść, żę są oni “normalni”. No bo oprócz zmieniania się w Sailor Senshi i tym podobne, to nie mieli żadnych nadnaturalnych zdolności. Oprócz tych w formach SS. No,
nie będę tu liczyć tych osób, które jakimś cudem jednak te niespotykane umiejętności mają. Ale wracając. Uzgodniłam z Goku i jego żoną, że zrobię to za dwa dni.
Fajnie. Będę mogła choć na chwilę zapomnieć o ciężkich treningach. No bo tam też zabawię trochę czasu. Tak jakoś ze trzy, cztery dzionki. Nie więcej.Ale to nie znaczy,
że w ogóle zaniedbam ćwiczenia. Będę trenować, ale nie aż tak ciężko. Bo jeszcze Ziemię rozdadzę. Tam niestety muszę uważać, bo oni nie mają Smoczych Kul, zdolnych
wskrzesić ewentualne ofiary. Więc muszę się pohamować.

***

Yey! Minęły te dwa dni. Właśnie pakuję kilka potrzebnych rzeczy do plecaka. Oczywiście nikomu nie powiedziałam o tym, że wpadnę. Szczęściem jest to, że Son nauczył
mnie teleportacji i nie muszę marnować sił na latanie. Więc dla mnie gites. Poza tym ludzie mogli by zacząć gadać. A ja nie chcę, żeby wiedzieli o takich rzeczach.
Znowu odbiegam od tematu, ale taka już jestem. Japa mi się nie chce zamknąć. Co poradzić? Taki już mój los. Wieczna gaduła. Dobrze, że chociaż nie pierwsza. Minako
przykładowo przegadać się po prostu nie da. Impossible i tyle. Okay, lepiej już będę wyruszać, bo inaczej tak się zagadam, że w końcu tam nie polecę. Geez, ciężko jest
żyć z samą sobą.

– No to jazda. – szepnęłam do siebie, zbiegając po schodach. Tera się jeszcze tylko pożegnać z rodzinką i mogę iść.

– Uważaj na siebie, dobrze? – pierwsza podeszła do mnie Chi Chi. Nie wiedząc czemu, traktowała mnie bardziej jak córkę, aniżeli szwagierkę.

– Będę, będę. Nie pozbędziecie się mnie tak łatwo. – odparłam i podeszłam do reszty.

Dobra, nie będę tego opisywać. Za długo, by gadać. Tak więć, rzuciłam jeszcze krótkie “Do zobaczenia!” i przeszłam przez portal. Znów byłam w tym świecie. Miło było
powrócić do znajomych klimatów. Skupiłam się na wyczuciu energii znajomych. To, co mnie najbardziej zdziwiło, to to, że wszyscy, ale to WSZYSCY byli w jednym miejscu.
Przyłożyłam dwa palce do czoła i już po chwili stałam za drzewem, przyglądając się wszystkim. Innerki, Outerki, chłopcy i, co najdziwniejsze, Three Lights wraz z
Kakyuu. Myślałam, że wrócili na swoją planetę. Ale nie pora to roztrząsać. Wypada się raczej przywitać. Po cichu podeszłam do nich. Tak dla wiadomości, wszyscy stali
do mnie tyłem i w coś się wgapiali. W międzyczasie zmieniłam się z powrotem w słodką blondyneczkę. Stanęłam jakieś dwa metry za nimi i spytałam:

– Na co tak patrzycie? – no niestety, ja tego ujrzeć nie mogłam, bowiem wszyscy byli ode mnie wyżsi.

Wszyscy, niczym jeden mąż, odwrócili się w moim kierunku. Uśmiechnęłam się do nich niewinnie. W duchu to śmiałam się na całego, takie śmieszne mieli miny. Właściwie to
MINĘ, bo wszyscy przedstawiali jeden wyraz twarzy. Czyli: oczy wielkości talerzy i kopara do ziemi. Jako pierwsza otrząsnęła się oczywiście Mina.

– Usagi-chan? – spytała, jakby chciała się upewnić, czy nie ma zwidów. Spokojnie, Aino. Dobry masz wzrok.

– To tak się wita starą przyjaciółkę? – spytałam retorycznie, zakładając ręce na piersi i udając obrażoną.

Więcej chyba im gadać nie musiałam, bo sobie uświadomili, że to ja. Długo im to zajęło. Naprawdę, nawet Mamoru, Ami i Taiki, czyli nasze największe inteligenty,
dopiero teraz się skapnęli, że naprawdę tu jestem. Nie minęła nawet sekunda, a Minako już odcinała mi dostęp do tlenu. Taa, ona to ma uścisk. Jak imadło, czy coś w tym
stylu. No dobra, przywitania opisywać nie będę, bo zanudzicie się na śmierć. Ale muszę powiedzieć, że trochę niedobrze mi się robiło od tych wzruszeń, łez i jakiegoś
słodkiego bełkotania. Geez. A podobno są normalni. Taa, ciekawe, w którym miejscu? No i znowu od tematu odbiegam. Naprawdę nie rozumiem, co jest nie tak ze mną. Ale
mogę szczerze powiedzieć, że podczas tych kilku dni pobytu w innym wymiarze mój własny brat uznał mnie za wariatkę. Cytuję: “Myślę, że jesteś powalona umysłowo, sis. W
dodatku masochistka, jakich mało…”. Taa, nie ma to jak rodzina. Zwłaszcza taka, która uważa cię za… Właściwie to nie wiem. Dobra, lepiej przestanę już gadać.
Chociaż gdybym przestała mielić ozorem, to kto by opowiadał? Taa… Okay, to ja już może zacznę gadać z sensem.

Dobra, to się przywitaliśmy, ci obsypali mnie chyba milionem pytań, jak nie więcej, a potem to już nie wiem. Za dużo, by to za jednym razem powiedzieć. Ale jest jedna
rzecz, która mnie rozbawiła. Mianowicie Haruka, która… Chyba sobe taniec zwycięstwa odwaliła. O jeny, jak to wyglądało. Normalnie byście ze śmiechu padli, takie to
było komiczne. Okay, już nie będę. Kiedy indziej opowiem to niesamowite zdarzenie. Teraz to raczej nie jest zbyt ważnym fragmentem tej historii. Okay, to powiem tak.
Minako niemalże siłą zmusiła mnie, bym zamieszkała u niej. No i co się dziwić? Moja tutejsza rodzina pewnie nawet już nie wie o moim istnieniu. W końcu jak by
zareaowali, gdyby wiedzieli, że jestem ich córką? Znikam i dopiero po kilku dniach wracam. To raczej nie przejdzie. Zresztą nie tylko im parę osób wymazało
wspomnienia. Wszystkim niemagicznym istotom także. Więc właściwie tylko Senshi, Kakyuu, Mamoru, chłopaki, Luna i Artemis wiedzieli o wszystkim. Taa…

Okay, teraz sobie siedzę w mieszkaniu Miny (mieszka sama), odpowiadając cierpliwie na niekończące się pytania blondynki. Czasem się zastanawiam, gdzie ona ma
wyłącznik. Naprawdę, ona tyle gada, że i mnie czasem to wkurza. A co dopiero Naruto, czy Yatena. Z pierwszym to ona konkuruje w byciu największą gadułą, a zielonooki
jest po prostu marudą. Większą nawet od Rei. Ale on przynajmniej bardziej znośny, niż Mars.

– Usagi-chan!! – z zamyślenia wyrwał mnie okropny wrzask, jaki zaserwowała mi Aino. Nie muszę chyba wspominać, że wydarła mi się prosto do ucha. Nie było to zbyt
przyjemne doświadczenie.

– Słucham? – spojrzałam na nią posępnie. Dobrze wiedziała, że nienawidzę tego.

– Pytałam się, czy są tam jacyś przystojniacy. – taa, cała Minako. Zawiesiłam tylko głowę.

– Mina, ja tam trenuję, a nie podrywam. Chociaż może by się tam ktoś znalazł. – to ostatnie zdanie dodałam tylko po to, by niebieskooka nie rozpłakała mi się.

– Hontou?! {Naprawdę?!} – no i zaczęła piszczeć.

– A ja myślałam, że kochasz Ayuzawę. – przewróciłam oczami.

– Co nie znaczy, że nie mogę powzdychać do przystojnego faceta. – zaperzyła się długowłosa.

– No niby racja. – nie chciało mi się z nią dzisiaj kłócić. – Idę na trening. Jane.

Szybko przebrałam się w ciuchy przystosowane do ćwiczeń. Zanim Minako zdążyła choćby otworzyć usta, mnie już nie było. Zaczęłam od małej przebieżki. 10 km z
obciążeniem jakiś 100 kilo. Potem uderzałam w skały. Nie mogłam sobie pozwolić na wiele. Mogłabym coś jeszcze zniszczyć. Czułam, że ktoś mnie obserwuje. Z początku nie
zwracałam na to uwagi, ale po jakimś czasie zaczęło mnie to wkurzać.

– Kimkolwiek jesteś, odpuść sobie tą zabawę w chowanego i pokaż się. – rzuciłam spoglądając w miejsce, gdzie wyczuwałam kilka KI. Okazało się, że to wszystkie Senshi i
cała reszta. – Co wy tu robicie?

Wszyscy wskazali na Aino. Mogłam się tego spodziewać. W końcu nie od dziś wiem, że blondynka nie umie trzymać języka za zębami. Zmierzyłam ją tylko lodowatym wzrokiem
i wróciłam do treningu. Byłam trochę zdenerwowana, przez co uwolniłam za dużo siły i rozwaliłam ogromny głaz dużo szybciej niż zamierzałam.

“Zaraz się zacznie…” – pomyślałam.

– S-sugoi! {Niesamowite!} – usłyszałam głos Mercury’ego.

Nie odpowiedziałam. Starałam się nie myśleć o tym, że ktoś patrzy. W końcu to nic wielkiego, taki trening. Zwiększyłam tempo. Zadawałam ciosy z zawrotną prędkością. W
dodatku atakowałam mocniej i precyzyjniej. Już po chwili nie miałam w co walić. Westchnęłam. Chyba za bardzo się zagalopowałam.

“To co teraz?” – to pytanie zadawałam sobie w myślach. Nie wiedziałam, co dalej robić. Zniszczyłam całą okolicę w jakieś pół godziny. I tak wolno. Z Son Goku już 20
razy zmienialiśmy lokalizację.

– Będziecie jeszcze długo tak stać? – spytałam, podnosząc z ziemi swoją torbę.

Zaczęłam odchodzić z tego pobojowiska. W niedługim czasie mnie dogonili. Zaczęli się mnie pytać, gdzie zdobyłam taką siłę.

– Od zawsze ją miałam. – odparłam tylko, uparcie wpatrując się w niebo. Zaczynało mnie to już irytować. – Minako, ile widziałaś zanim zadzwoniłaś po resztę?

– Tylko jak biegasz. – usłyszałam w odpowiedzi. – Jak dużo waży to ubranie?

– Czyli wiesz, że jest z obciążeniem? – zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się, że rozpozna rodzaj. – Łącznie jakieś 100 kilogramów.

– Że co?! – krzyknęła nagle Rei. – Sto kilo?!

– No i co z tego? – grałam na zwłokę. Jasne, że wiedziałam, o co jej chodzi.

– Dźwigasz taki ciężar i poruszasz się z taką prędkością?! Przecież to jest fizycznie niemożliwe! – zmarszczyła brwi. Nie rozumiała z tego wiele.

– Dla Saiya-jin’a wiele rzeczy jest możliwych. – wyręczyła mnie blondynka z kokardą na głowie.

– Saiya-jin’a? – ani Taiki, ani zapewne nikt inny nigdy nie słyszał tego pojęcia.

– Kiedyś wam wyjaśnię. – rzekłam, przyspieszając. Chciałam, żeby ten dzień już się skończył.

^^^
Heej. Sorki, że tak długo mi to zeszło. Nie wiem, kiedy będzie coś na blogspocie, bo muszę się teraz dużo uczyć. Wiecie, zaraz testy. Według niektórych proste, ale kto tam wie, co wymyślą egzaminatorzy? Sorry, jeśli są jakieś błędy. 
Pozdro!
~ Halley S.

Rozdział III.

Już od 10 minut uderzałam w skały. Moje dłonie były poranione, krew lała się strumieniami. Jednak nie miałam zamiaru przestać. W końcu musiałam trenować. Tak jak już wcześniej mówiłam, był środek nocy. Wszyscy zapewne jeszcze spali. Ja póki co trenowałam tylko swoją siłę i szybkość. Nie umiałam jeszcze za dobrze kontrolować swojego KI. Mogłam zaledwie wyczuć tą należącą do innej osoby. W końcu skupiłam się na tym, co robię. Właśnie rozwaliłam kolejny głaz. Postanowiłam teraz pobiegać. Muszę być szybka i wytrzymała. Dobrze, że udało mi się jakoś załatwić ciężarki na ręce i nogi. Chciałam równocześnie popracować nad swoją siłą. Zaczęłam biegać. Z początku szło mi to dość opornie, ale jak się wkurzyłam, to było o wiele łatwiej. Byłam zdeterminowana, by się więcej nauczyć. Poza tym pożyczyłam od Gohana parę książek o sztukach walki. On ma naprawdę spory zasób ksiąg. Jego biblioteka jest… Prawdopodobnie największa na świecie. Wszędzie góry opasłych i cienkich tomów.

– Trenujemy, co? – usłyszałam nagle znajomy głos, należący do mojego brata. Gwałtownie się zatrzymałam.

– Kiedyś w końcu zacząć muszę, nie? – odwróciłam się przodem do niego. Miał na sobie swój strój do ćwiczeń.

– Nie mogłaś poczekać do rana? Przecież wiesz, że będę Cię trenował. – spojrzał na mnie z lekka karcąco.

– Nie chciałam być aż tak słaba, kiedy zaczniemy. Nie zapominaj, że w obecnym wcieleniu niewiele mam tych umiejętności. No dobra, znam teorię, ale z praktyką to leżę. – rzuciłam na swoje usprawiedliwienie.

– Oj, nie tłumacz się już. Lepiej wracaj i się prześpij. Nie chcę, żebyś rano była nemo. Znasz Vegetę i jego humorki. Znając życie będzie narzekał na wszystko i wszystkich, a ja nie mam ochoty tego słuchać. – wywróciłam oczami na jego komentarz. W sumie miał rację.

– Niech Ci będzie. I tak już trochę jestem śpiąca. Dobranoc. – i odeszłam w stronę domu.

Już po chwili leżałam w swoim cieplutkim łóżeczku. Padałam ze zmęczenia. Chwilę się tam powierciłam, ale w końcu zmęczenie wzięło górę, a dalej to chyba wiecie, co było.

***

Obudziło mnie szturchanie. Otworzyłam oczy. Nade mną wisiał Goku.

– Pora wstawać. Niedługo zaczynamy trening. – rzekł na “dzień dobry”.

– Już wstaję. – odparłam i podniosłam się do pozycji siedzącej.

– Ubierz się i zejdź na śniadanie. Chi Chi na pewno zrobiła coś dobrego. – uśmiechnął się i wyszedł.

Wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wyjęłam z niej ubrania przystosowane do ćwiczeń i poszłam pod prysznic. Po zaledwie 15 minutach wyszłam z łazienki, kompletnie ubrana, leniwie wycierając włosy. Zaplotłam je w warkocza, by nie przeszkadzały. Zbiegłam po schodach, prosto do kuchni. Wszyscy siedzieli już przy stole. Jako, że Gohan, czyli mój bratanek, wraz z rodziną mieszkali obok, wpadli do nas. Wszyscy domownicy uwielbiali kuchnię Chi Chi. Ja też, choć jadłam tylko jeden posiłek przez nią sporządzony.

– Ohayo. – rzuciłam, siadając na swoim miejscu.

Po chwili gospodyni podała śniadanie i wszyscy zabrali się do jedzenia. Uwierzcie mi, Saiyańskie żołądki są prawdopodobnie z gumy. A pani domu gotuje tak dobrze, że każdy przedstawiciel naszej rasy musi zjeść przynajmniej trzy porcje. Ale my i tak zjedliśmy więcej. Dobrze, że żona mojego brata nagotowała dużo. Niestety to jej przypadnie mycie naczyń, bo Vegeta właśnie się zjawił i niecierpliwie czekał, aż skończymy. A właśnie. Do naszego treningu mieli się dołączyć Gohan i Goten, drugi syn Goku, oraz Pan, córka Gohana i Videl. Za dwa miesiące bowiem miał się odbyć kolejny Tenka’ichi Budokai, czyli światowej sławy turniej sztuk walki. Też chciałam w tym roku wystartować. Wiem, że mam niewielkie szanse na wygraną, bo startuje też cała reszta, tzn.: Goku, Vegeta (który tak apropo chce po prostu zmierzyć się z tym pierwszym), Piccolo, Gohan, Goten, Pan, Trunks (syn Vegety i Bulmy), Kuririn, C-18, Uub i chyba tyle. Ale to naprawdę masa silnych przeciwników. Prawdopodobnie ze stadionu nie zostanie nic po walce Kakarotta i Księcia Saiyan.

Dobra, ale wracając do treningu. Kiedy już dotarliśmy na pole treningowe, czekali tam Trunks i Uub. No pięknie. Teraz to ja się naprawdę skompromituję. Przecież ja w ogóle walczyć nie umiem. Stanęłam trochę na uboczu. Nie wiedziałam, co robić, czy myśleć. To był mój pierwszy poważny trening. No, w tym wcieleniu. Ale ja naprawdę nie pamiętam jeszcze wszystkiego, więc moje umiejętności walki są słabe. No niestety złożyło się tak, że najmniej pamiętam moje treningi i walki.

– Serena. – z zamyślenia wyrwał mnie głos starszego brata.

– Hai? – spojrzałam na niego.

– Idziesz ze mną. Potrenujemy chwilę na osobności. Okay? – Son skinął na resztę głową i wzbił się w przestworza. On właśnie nieświadomie uratował mi życie. Nie przeżyłabym takiego ośmieszenia.

Ja także uniosłam się nad ziemię. Podążyłam za brunetem i już po chwili byłam w zupełnie innym miejscu. Rozejrzałam się zaciekawiona. Znajdowaliśmy się na jakimś pustkowiu. Muszę przyznać, że była to całkiem ładna okolica.

– To, od czego zaczniemy? – spytałam, kiedy już przestałam podziwiać widoki.

– Najpierw załóż to. – w jego rękach nagle pojawiła się ciemnoniebieska koszulka na krótki rękaw, pomarańczowa kamizelka, tego samego koloru spodnie, niebieskie materiałowe bransolety i czarne buty. – Koszulka, bransolety i buty są z obciążeniem, więc się przygotuj. Nie wiem, czy wytrzymasz taki ciężar.

– Spoko, jakoś sobie dam radę. – wzięłam to wszystko od niego i poleciałam w jakieś ustronne miejsce, gdzie nikt nie mógł mnie zobaczyć.

Szybko się przebrałam. Trochę ciężko było się w tym poruszać, ale jakoś dawałam radę. Trochę nieudolnie wróciłam w miejsce treningu. Usiłowałam nie pokazywać, jak mi ciężko. Jednak Songo i tak to zauważył.

– Może to trochę za dużo. – podrapał się po głowie.

– Dam sobie radę. – odparłam i, jakby na potwierdzenie tych słów, jednym sprawnym kopnięciem rozwaliłam dość spory głaz.

– Wow. Uczysz się szybciej, niż przypuszczałem. Mi było o wiele trudniej w Twoim wieku, a już wcześniej ćwiczyłem z obciążeniem. – pochwalił mnie czarnooki.

– Ja też już wcześniej próbowałam z ciężarem, ale nigdy z tak dużym. – przyznałam, mierzwiąc swoje włosy.

Tak więc, trochę potrenowaliśmy. Byłam o wiele słabsza od Kakarotta, ale ten mówił, że, jak na początkującą, świetnie sobie radzę. Taa, jasne. Już mu wierzę. Po jakichś pięciu godzinach padłam na ziemię, kompletnie wyczerpana. To była moja pierwsza seria tak intensywnych ćwiczeń.

– Pora na małą przerwę. – mój towarzysz nie okazywał żadnych oznak zmęczenia. No ale co tu się dziwić? Dla niego takie coś jest normalne. Znając życie, to gdybym ja z nim nie ćwiczyła, sam mógłby rozwalić wszystko wokół. – Dobrze się spisałaś. Jak na pierwszy trening, mogę śmiało stwierdzić, że jesteś bardzo wytrzymała. Masz potencjał. Wystarczy go tylko rozwinąć.

Pomógł mi wstać. Z ulgą przyjełam fakt przebrania się. Teraz wszystko wydawało się cięższe. Ale co poradzić? Musiałam ćwiczyć. Jeśli mam być wojowniczką, muszę się przyłożyć do treningu. I to solidnie. No dobra, w domu byliśmy po kilku minutach. Od razu poszłam pod prysznic. Mięśnie rozluźniły się pod wpływem ciepłej wody. Odetchnęłam z ulgą. Szybko przebrałam się w coś wygodniejszego i zeszłam w końcu coś zjeść. A na stole czekało tyle smakołyków. Wszystko poszło tak szybko, że nawet się nie obejrzałam, a już szykowałam się do kolejnego treningu.

No więc dzień miałam ciekawy. Po treningu wybrałam się razem z Brą i Pan na miasto. A właśnie. Bra to córka Vegety i Bulmy. Całkowicie niemalże w matkę się wdała. Ale jest od niej silniejsza, więc czasami wolę jej nie złościć. Mimo iż nie lubi za bardzo treningów, itp., potrafi nieźle przyłożyć. Wieczorem, siedząc na łóżku, powróciłam do rozmyślań nad tym, co może się dziać po tej drugiej stronie. Co robią Innerki, Outerki, Starlights, Mamoru i cała reszta? Może ich niedługo odwiedzę? No bo czemu nie? W końcu wypada odwiedzać przyjaciół. Może bym nawet ich tu zaprosiła? Chociaż wątpię, by prędko przystosowali się do tego, co się dzieje tutaj. W końcu, zmęczona całym tym dniem, usnęłam.

^^^

No więc mamy kolejny rozdział. Mam nadzieję, że się spodobało. W poprzednim poście wyjaśniłam mniej więcej, co się dzieje w DB, więc myślę, że coś będziecie kapować ze Smoczego Świata. No cóż, to tyle. Do następnego.

Pozdro!

~ Halley S.